Poradnik

Z przymrużeniem oka

Jak to mówią — od śmiechu jeszcze nikt nie umarł. A na domiar złego śmiech to zdrowie. Zmruż oczy i załap, o co w tej geodezji chodzi...

No dobra, załóżmy, że dostaliśmy nieoczekiwany spadek, czy tam wygraliśmy kupę kasiory w totka i postanawiamy wybudować sobie pałacyk... a co, stać nas!

Szybki przelot po ogłoszeniach i jest..... piękna działka w cudownym oczywiście miejscu. Po szybkim telefonie do sprzedającego już pędzimy na oglądanie tego cuda. Na miejscu wszystko wygląda super, oprócz punktów granicznych działki... hmm.

— Panie kochany, a kto to pamięta, gdzie dokładnie te punkty. Jak tu był geodeta kiedyś, to ponabijał kołki, ale to po latach przez dzieciaki pewnie popalone w ogniskach — mówi właściciel i widać, że szczerze mówi, bo dookoła dzicz...

Coś z tym trzeba zrobić, bo jak okaże się, że ta działka ma granicę u sąsiada, to się będzie działo. No tak, potrzebne jest tyczenie granic działki. Dzwonimy do geodety...

I tu wkraczają wszechwiedzący najczęściej geodeci. Rozstawiają sprzęt i, udając, że się ciągle nad czymś zastanawiają, zaczynają bez końca kręcić się po okolicy i walić młotkiem co jakiś czas w ziemię. Wynikiem tej z pozoru chaotycznej pracy są wbite w ziemię drewniane kołki, dokładnie wyznaczające punkty załamania naszej działki.

Wszystko gra, a nawet okazało się, że mamy działkę o prawie dwa metry bliżej strumyka. Dobijamy działkowego targu...

No dobra... szczęśliwi z posiadania gruntów lecimy na złamanie karku do pana architekta, żeby nam przelał na papier nasz wymarzony dom...

— Ale jak mam umieścić to cudo architektoniczne na działce, skoro nie mam żadnej aktualnej mapki tego terenu z wniesionymi granicami? — pyta najlepszy architekt w mieście. Potrzebujemy mapki do projektu i dopiero zaczniemy coś myśleć...

Hmm... dzwonimy po geodetę.

— Tak tak. Możemy zrobić mapki, ale trwa to parę tygodni... — mówi geodeta, stojąc gdzieś w środku lasu, jedną ręką trzymając telefon, a drugą energicznie odganiając się od chmary komarów... nie wspominając o ciągłym dreptaniu w celu odganiania ataku mrówek i patrzeniu w okular instrumentu... Robota.

Jest mapka, jest projekt, jest ekipa budowlana na jutro rano, jest pozwolenie na budowę, jest wsio. Nareszcie.

Przyjeżdżamy na miejsce. Szukamy majstra...

— A gdzie geodeta? Gdzie mamy kopać, bo my możemy gdziekolwiek fundament wylać, ale chyba trza według projektu... — mówi czerwononosy majster. Ech... dzwonimy po geodetę...

I znowu zaganiany po urzędach geodeta ubiera buty w teren, ładuje sprzęt i jedzie tyczyć obrys budynku. Parę chwil po wbiciu kołków w miejsca narożników budynku, chłopaki od kopary zrobili wykop pod fundamenty... miodzio.

Ekipa migiem powbijała deski dookoła wykopu, robiąc coś w rodzaju płotu. Fachowo mówiąc, nabili ławy, gdzie geodeta mógł zaznaczyć osie ścian całego budynku, wykonując tyczenie osi budynku. Teraz ekipa może działać bez spoczynku, lejąc fundamenty i windując naszą willę ku niebu.

— Jeszcze jedno — zagadał majster — gdzie my mamy tu podłączyć gaz, prąd, wodę i wszystkie media. Bo my wejście do budynku znamy, ale gdzie to ma lecieć, czy skąd, to my nie wiemy...

No tak... pora dzwonić po geodetę...

— Tak tak — mówi ściszonym głosem geodeta, jakby był w urzędzie gminy i omawiał coś z panią urzędnik. — Potrzebna jest mapka do projektu z wykreślonym projektem ZUD na wszystkie przyłącza.

— Nie rozumiem szczerze mówiąc, o co chodzi z tym ZUD... może wyjaśni mi pan, jak umie, o co chodzi...

— No, wniesiony projekt przyłączy przez projektantów na mapę niesie geodeta do urzędu. Składa operat i czeka, aż inspektorzy od wszystkich branż — tyle branż, co tych przyłączy: pan od telekomunikacji, od wodociągów, gazu i tak dalej — obejrzą i powiedzą, że wszystko jest okej. I wtedy jest wydawana opinia, że wszystko jest zgodne z zasadami i nie ma żadnych kolizji (wszystkie sieci przebiegają od siebie oddalone o około metr). Na podstawie opinii można już kopać i kłaść co tam uzgadnialiśmy, czyli gaz czy prąd. Wtedy przyjeżdża geodeta, bierze ten projekt uzgodniony i tyczy, czyli wyznacza w terenie, gdzie to leci i którędy. Wtedy kopacze kopią, a kładacze kładą rury i po wykonaniu znowu dzwonią po bidulę geodetę, żeby przyjechał i zanim zakopią, zrobił inwentaryzację powykonawczą. Jeśli się wszystko zgadza z tym, co było w uzgodnionym projekcie, wnosi znowu w urzędzie na mapę zasadniczą, że to przyłącze już jest, czyli zostaje zamienione z przyłącza projektowanego na istniejące.

Złożymy to w urzędzie i po wydaniu opinii przywieziemy dokumenty i wytyczymy przebieg rur i kabli. Proszę tylko pamiętać, że po wykonaniu trzeba wszystko wnieść na mapę w urzędzie, czyli zinwentaryzować te gazy, prądy i resztę. Przy okazji wykonamy inwentaryzację budynku i będzie wszystko dograne... do zobaczenia.

Mija parę miesięcy...

— Ależ cudowny dom! — krzyczy listonosz zza płotu. — Piękne miejsce i równie ładny dom. Gratuluję! A tak z ciekawości, ile metrów kwadratowych ma ten domek, bo wygląda na duży?

Ile metrów ma mój dom... hmmm... geodezyjny pomiar powierzchni... Dzwonię po geodetę...


Stoisz na którymś z tych etapów inwestycji?

Dobierzemy zakres prac geodezyjnych do Twojego harmonogramu budowy — tyczenie, mapa do projektu, ZUD, inwentaryzacja, pomiar powierzchni. Pełen zakres usług na terenie Warszawy i okolic.

Zadzwoń · 505 728 367 →

Script logo
statystyka stat4u